Kilo wody pod stopą

Blogowanie – znaczy żeglowanie – znaczy podróżowanie jest posh

  • date
  • 19.01.2013 1800
  • φ50.043  λ19.9449 

Okazuje się, że jako bloger podróżniczy muszę prowadzić bardzo ciekawe życie. Trąbią o tym całe internety. Jako kapitan pewnie prowadzę jeszcze bardziej ekskluzywne życie. Tak, chodzi o tę aferę, że onet zlikwidował kategorię podróżniczą w konkursie blogowym. I wprawdzie są inne kategorie ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żebym znalazł tam rozważania na temat: czy to, że podczas żeglugi po Morzu Barentsa nie mogłem brać prysznica przez tydzień nie zabije moich gościnnych gospodarzy? Przeczyta się natomiast o tym, że nieposiadanie walizki na kółkach jest oznaką buractwa…

Dla niewtajemniczonych chodzi o to, że według onetu teraz w podróżowaniu jest lajf i stajl, a ja zawsze myślałem, że tylko chodzi o live the life. Mój blog nawet nie aspiruje do bycia zgłoszonym do konkursu, w którym cokolwiek ocenia pani Anna Mucha. Za wysokie progi dla ubranego w sztormiak żeglarza, który wygląda jak czerwony ludzik michelina i zza goretexowej kufy bełkocze niezrozumiałe „przymajdaj mi obersztancę na bajer” (patrz Stefania Grodzieńska). Nawet sobie przypominam taką sytuację, kiedy po sztormowej nocy dotarliśmy na Gran Canarię. Postawiono nas przy nabrzeżu dla gości – nabrzeżu, a nie przy pontonie, a więc co godzinę trzeba było pracować linami – bo pływy. Wysyłam więc załogę pod pokład – bo zmęczeni, a sam kładę się w zaciszu kokpitu. Budzik na „za godzinę” i jakoś to będzie. O dziewiątej grupa Niemców zaczęła fotografować moją łódkę. Aż tu nagle budzik… Z kokpitu wychynąłem zaspany, zasztormiakowany i ogólnie do połowy w krainie morfeusza. I słyszę „Mein gott! Ein seemann! (czy jakoś tak)” i trzask migawek… Celebryta jaki czy co?

Ale ponieważ żeglowanie, a szczególnie to ekspedycyjne, wymaga pewnej, niedostępnej zwykłym śmiertelnikom wiedzy i pewnego niezwyczajnego pomyślunku, to można powiedzieć, że jest czymś ekskluzywnym. W sumie to też jest jakiś lajfstajl – taki bardziej awanturniczy (Always be yourself. Unless You can be a pirate. Then always be a pirtate!)? I paradoksalnie, tu czuję łączność ze wszystkimi lajfstajlowymi blogerami. Bo ekskluzywne – to posh… A szafiarki mają posh ciuchy. A lajfstajlowicze jedzą i piją w posh restauracjach i uczęszczają na posh wydarzenia kulturalne. I ja też mam posh – konkretniej posh burty – bo to słowo jest związane z tradycyjnym podróżowaniem statkiem i angielskim lajfstajlem z przełomu wieków.

Otóż posh moi drodzy, to nic innego jak skrót od:

port-side out, starboard home.

Od początku! Skąd się wzięły określenia port i starboard? Dawno, dawno temu, był sobie taki facet, Portugalczyk, nazywał się Henryk Żeglarz. Pływał on gdzie się da. A dało się na pewno na południe. To właśnie Portugalczykom zawdzięczamy pierwsze duże odkrycia w Afryce Zachodniej. I teraz wyobraźcie sobie, okręt, który płynie na południe, przy zachodnim wybrzeżu Afryki. Z lewej burty ląd, a więc tam się do portu płynie (to port czyli w lewo, port side, strona z której jest port – czyli ląd). Prawa burta natomiast, jest od strony gwiazd – bo na zachód od Afryki w zasadzie nic, tylko ocean i niebo nad nim – stąd starboard.

Skoro już wiadomo jak nazywają się burty, przechodzę do słowa posh – czyli ekskluzywny. Jesteśmy w Wielkiej Brytanii przełomu wieków. Transport i handel między koloniami Imperium, a jego sercem odbywa się drogą morską. Skoro morską to znaczy długo. I to jest pierwsza potrzebna informacja. Druga to kierunek – nas interesuje Azja, bo to tam leży najludniejsza brytyjska kolonia – Indie. Wyobraź sobie parowiec, wychodzący z portu w Wielkiej Brytanii (piękny, czarny, stalowy, nitowany kadłub, przestronne pokłady, obowiązkowo co najmniej 3 czerwone kominy i setki rozświetlonych bulajów). Aby dotrzeć do Azji najpierw trzeba płynąć na południe, a potem po opłynięciu Afryki (lub później po przejściu Kanału Sueskiego) wystawić prawą, czarną burtę na działanie tropikalnego słońca i podróżować na wschód. I to właśnie po minięciu Przylądka Dobrej Nadziei, a konkretniej już na Oceanie Indyjskim, kłopot mają podróżni posiadający kabinę na prawej burcie (starboard). Słońce oddziałując na nią cały dzień rozgrzewa kadłub statku do czerwoności – a klimatyzacja jest, w tych czasach, co najmniej w powijakach. W drodze powrotnej, następuje sytuacja odwrotna – to lewa burta (port) jest ogrzewana i kabiny tam usytuowane stają się statkowym piekłem. Słowo posh zawiera więc bardzo prostą radę dotyczącą wyboru miejsc na statkach, pozwalającą uciec od tropikalnego upału, a więc podróżować w komforcie i uczestniczyć w pełnym splendoru pokładowym życiu towarzyskim. Te same informacje znajdujemy dziś na portalach analizujących rozkład foteli lotniczych według linii i modeli samolotów – na trasach międzykontynentalnych niebagatelna sprawa.

Cały problem częściowo rozwiązało malowanie kadłubów statków pasażerskich na biało (bardzo duże znaczenie praktyczne, nawet dziś, w epoce klimatyzacji). Na zdjęciu poniżej Steam Ship Mauretania – bliźniacza jednostka Lusitanii, swego czasu największy linowiec brytyjski (Cunard Line).

Nie tylko SS Mauretania - a w zasadzie RMS Mauretania został przemalowany na biało - polskie transatlantyki także.

Nie tylko SS Mauretania – a w zasadzie RMS Mauretania został przemalowany na biało – polskie transatlantyki także.

Ja chyba jednak wolę klasyczne malowanie. Czarny kadłub, białe nadbudówki i czerwone kominy. Jest bardziej posh. Biały może mieć każdy. Zresztą jak stwierdziliśmy kiedyś uprawiając blogowo – żeglarski lajfstajl w Puerto de Mogan na Gran Canarii – pomalujesz burty na inny kolor niż biały i od razu +500 do lansu… Zwróć uwagę za jakimi jachtami się ogładzasz…

  • Agata

    w tygodniu zerkałam na konkurs bloga roku, kim jest, de fak, katarzyna zielińska i anna musza żeby oceniać blogi…

Bear