Kilo wody pod stopą

GPS nie zwalnia od myślenia 2, czyli jak porwać superjacht

  • date
  • 30.07.2013 1430
  • φ52.224  λ21.1002 

Wychodzisz z portu. Prognoza pogody jest optymistyczna. Odpalasz autopilota, klik – klik nowy kurs drogi wbity. Plugin na Twoim wypasionym chartplotterze automatycznie doda wpis do dziennika pokładowego co godzinę. Wszystkie systemy w normie. Nic tylko delektować się mrożoną herbatą albo innym dobrem wydanym przez kambuz. Co może pójść źle? Teoretycznie wszystko…

W czerwcu grupa studentów z Teksasu udowodniła, że można wprowadzić w błąd załogę jachtu, w sposób, który doprowadzi do znaczącej zmiany kursu. Chodzi o nie byle jaki jacht – White Rose ma 65 metrów i budżet na elektronikę nawigacyjną takiej długości. Wydaje się więc, że shakowanie superjachtu to zadanie dla konkretnego zespołu ludzi wyposażonego po zęby? Otóż nie. Potrzeba do tego systemu GPS z jego wadami (i zaletami), jednego człowieka oraz urządzenia wielkości niezbyt dużej walizki. Poniżej film obrazujący całą akcję.

Zasada działania jest bardzo prosta. GPS to bardzo słaby sygnał wysyłany z urządzenia latającego gdzieś wysoko nad głową. Bardzo łatwo jest go zagłuszyć (następnym razem na jachcie obejmij dłońmi ten biały grzybek gdzieś w okolicach rufy z napisem Garmin, a druga osoba niech zobaczy, co pokaże GPS). Trochę trudniej podmienić sygnał, bo dla bezpieczeństwa wprowadzono kontrolę zakłóceń (choć, ze względu na to, że na morzu nie ma odbić  sygnału wiele firm rezygnuje z tego układu – bo taniej). Ale i to da się obejść – wystarczy zwiększać siłę zastępczego sygnału powoli.

Dzisiejsza rozmowa z Jackiem Kijewskim uświadomiła mi, że metoda zmiany pozycji jachtu jest BANALNA. Odbierasz sygnał i wysyłasz go z opóźnieniem. Ponieważ Twój sygnał jest silniejszy (siła sygnału satelity jest niewielka ze względu na ograniczenia źródła zasilania) to durny odbiornik myśli, że satelita, który ten sygnał oryginalnie nadawał jest dalej – czyli zmienia się  pozycja odbiornika  (GPS określa pozycję na podstawie odległości od satelitów, czyli czasu jaki zajmuje sygnałowi dotarcie od satelity do odbiornika).

Użyta w niniejszym eksperymencie metoda była bardziej skomplikowana. Jeżeli znasz swoją pozycję, oczywiście na podstawie systemu GPS, to wiesz, które satelity są widziane przez dowolny odbiornik na świecie. Czyli możesz łatwo wyliczyć, który sygnał zakłócić, żeby pokazać, że jednostka, zboczyła z kursu w zadanym kierunku, krótko mówiąc, żeby załoga dokonała pożądanej przez Ciebie poprawki. Dodaj zagłuszacz i nadawaj komplet sygnałów GPSa.

Piractwo uprawiano dawniej w taki sposób, że zapalano „światła nawigacyjne” (kiedyś po prostu ogień) i „ratowano” mienie ze statku, który wszedł na mieliznę, czy skały. Teraz można zrobić to samo, na odległość, przy użyciu sprzętu trochę droższego niż zapałki i kubik drewna. I być może nikogo nie zainteresuje porwanie 14 metrowej, lekko przechodzonej, Bawarki, na której właśnie płyniesz ale, co jeżeli jakiś dowcipniś postanowi odpalić zagłuszacz na Twoim akwenie (ćwiczą to też całe państwa – np. Korea Północna zagłuszyła system GPS swoim sąsiadom z południa w efekcie czego 1016 samolotów i 254 statki wpadły w tarapaty)? Tylko ubezpieczenie OC obejmujące rażące niedbalstwo (brak prowadzenia nawigacji za pomocą wszystkich dostępnych metod ma taką kwalifikację) Cię uratuje ALBO starożytna metoda praojców żeglarzy – zliczeniówka. No właśnie jak stoisz z nawigacją zliczeniową? Polacy mają w tej metodzie długą tradycję (najsłynniejszy majstersztyk to mapy z pamięci + zliczeniówka prowadzona na ORP Orzeł) niestety ginącą, bo zdarzyło mi się rozmawiać z bardzo niewyspanym kapitanem, który pomimo wypatentowanej załogi musiał wstawać co godzinę bo GPS siadł i nie miał kto zliczenia prowadzić.

Jeśli poczytasz trochę o technologii GPS, to znajdziesz informację, że za chwilę startuje GPS III, silniejsze satelity, zabezpieczenia przeciwzakłóceniowe nowej generacji… ale dla użytku militarnego. Dzięki wzrostowi mocy obliczeniowej procesorów można by też wykorzystać miliony sygnałów radiowych i telewizyjnych, które i tak krążą w eterze, odbieranych nawet daleko od lądu, żeby uwiarygodnić swoją pozycję. Oczywiście to takie science-fiction – bierzesz wszystko co słychać, określasz co to za stacja, skąd nadaje i już. Spis stacji ma wtedy milion tomów, bo wykorzystujesz wszystko, co nadaje, no ale atakujący nie jest w stanie wybadać, których 27 stacji używasz do uzyskania fixu. Producenci elektroniki jachtowej pewnie z chęcią sprzedadzą Ci wkrótce takie urządzenia, przedstawiając rachunek nieco krótszy niż White Rose… Ale zaraz – czy to już nie było ćwiczone? Przecież jest system LORAN służący do radionawigacji. Działa na procesorach sprzed prawieku i są dedykowane stacje. FURUNO sprzeda Ci odbiornik za rachunek długości jednej dziesiątej White Rose.

Co zostaje? Ano zliczeniówka z dala od lądu i nawigacja terestryczna w żegludze przybrzeżnej. Tanio, skutecznie i nie nudzisz się w rejsie. Aha no i jeszcze jest astronawigacja. Zastanawiasz się może dlaczego dobry sekstant kosztuje wiadro pieniędzy? Może dlatego, że nie da się go zagłuszyć?

Bear