Kilo wody pod stopą

Wyspa Union

  • date
  • 11.07.2013 1615
  • φ12.583  λ-61.433 

Z Grenady ruszamy nocą, żeby wczesnym popołudniem zjawić się na boi w Clifton Harbour, na przeciw Anchorage Yacht Club. Gdy zbieram się do odprawy załogi widzę, że pogoda będzie się pogarszać – ale nic to, zostawiam na pokładzie fachowców. W deszczu przynajmniej kochana załoga się wykąpie (czy mówiłem Ci już o super mydle biodegradowalnym od tropiker.pl?) i pokład czysty będzie…

Odprawa odbywa się na lotnisku, na które dostajemy się ścieżką otoczoną przez fortece wszędobylskich krabów. Pierwsze, co rzuca się w oczy na tyłach Anchorage Yacht Clubu to gąszcz krzaków pokrytych masą żółtych kwiatów, o których potem czytam, że należą do gatunku Gossypium barbadense – a więc lokalnej (barbadoskiej) bawełny o ekstra długich włóknach, która była przyczyną wszelakiego zła w tej części świata (czytaj niewolnictwo).

Na lotnisku panuje iście popołudniowa atmosfera. Musisz to sobie wyobrazić. Mocno ażurowy bungalow, który jest halą przylotów i odlotów. Leniwie obracający się wiatrak. Zabytkowe (!) biurka i super wygodne krzesła w stylu kolonialnym. Po środku tego wszystkiego my.  Nieco przegrzani temperaturą na zewnątrz i koniecznością wypełnienia listy załogi na urzędowym formularzu, w milionie kopii, ręcznie (inny wzór od tego, który stosują Francuzi na Martynice). Już widzę jak perspektywa spędzenia leniwego popołudnia z drinkiem w ręku oddala się do bliżej nieokreślonej przyszłości.

Pani  celnik nie próżnuje i podczas stemplowania paszportów robi porządny marketing. Następnego dnia mamy pyszną świeżą rybę na obiad, sprawioną na naszych oczach.

Wieczór spędzamy na imprezowaniu w lokalnych knajpkach, wywołując zwykle masę serdeczności, chociaż szanowna załoga nie ma zastrzeżeń do innych kolorów skóry, to jednak zwiększenie stężenia białasa w barze o 800% wywołuje pewną konsternację. Dopiero gdy dziewczyny szturmem zdobywają parkiet, wszystko wraca do normy. Na deser wyprawiamy się do Happy Bar ale trafiamy na drętwą atmosferę i wysokie ceny.

Clifton zwiedzamy nazajutrz i od razu stwierdzamy, że jako główne miasto zaopatrzeniowe dla superjachtów zmierzających z i do Tobago Cays niewiele ma nam do zaoferowania. No chyba, że delikatesy typu „Smaki Świata” – bo przecież jeśliś jest na Karaibach to koniecznie burgundzkie wino, szampan i truskawki. Mango i rum to dla hołoty…  A wszystko w niewygórowanej cenie, co najmniej 2,5x wyższej niż normalnie. Biegiem zwiedzamy więc pobliską galerię, załatwiamy pocztówki i ruszamy na Fort Hill.

Po drodze na Wzgórze Forteczne oglądamy milion koncepcji inżynieryjno – architektonicznych na budowę domu jednorodzinnego. Króluje blacha falista. Po kilkudziesięciu metrach polnej drogi pod górę, wchodzimy w piękny, suchy, subtropikalny las. Jest południe, a ponieważ w lesie powietrze stoi, jest piekielnie gorąco. Ulgę przynosi dopiero zdobycie fortu. Widoki z góry zobaczcie koniecznie w galerii poniżej.

Wracamy na jacht, a w ramach profilaktyki udaru słonecznego, płyniemy się wykąpać na pobliską Palm Island. Pogoda sprzyja moim planom i po chwili z nieba wali ściana wody. Pływając wciąż się oglądam na jacht – ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że katamaranem da się prawie zakotwiczyć na lądzie bez konsekwencji.

Na wieczór mamy w planach homara. Przestawiamy się do Chatham Bay. Kochana załoga wreszcie może założyć sukienki, a szanowna załoga laczki i eleganckie koszul(ki)e. Przygotowaniom niema końca, a w Chatham Bay Resort nasze homary już się pieką. I czy wyobrazisz sobie, za czym tęskni załoga, siedząc pośrodku rajskiej plaży, pod dachem z palmowych liści, z widokiem na morze pełne gwiazd i niebo pełne wody, gdy kelner w białej liberii podaje Ci drinka z mango, i natychmiast uzupełnia mojito pięknej sąsiadce? Otóż szanowna załoga tęskni do Kraju, bo przecież takie kolorowe napoje, to u nas „nie idą” do kolacji… Tak więc kapitan został uhonorowany butelką zmrożonej, do wysokiej gęstości wódeczki, która została następnie komisyjnie zniszczona, w zacnym towarzystwie, za co serdecznie Załodze dziękuję. Uhonorowanie było tym większe, że wódka na Karaibach kosztuje tyle, ile waży, w złocie.

Nie przestaje mnie zadziwiać jedna rzecz. Schodzisz na ląd, a nie napływałeś się za dużo, bo urlop dopiero się zaczął. Zjadasz kolację, wypijasz drinka – zajmuje Ci to półtorej – dajmy na to – godziny. I dokładnie w tym momencie zaczynasz się gapić powłóczystym wzrokiem na morze. Na jachty zacumowane na bojach. I już byś gdzieś płynął. Też tak masz? Czy tylko ja jestem zakręcony?

Bear