Kilo wody pod stopą

From Russia with love

  • date
  • 12.03.2013 1539
  • φ64.533  λ40.5167 

Podróż rozpoczęła się nadzwyczaj sympatycznie. Z Warszawy do Sztokholmu w trymiga – niestety lądujemy na Skavsta, więc do T – Centralen docieramy nieco spóźnieni. Odbiera nas Sam i mamy przyjemność noclegu w bardzo przyjaznym domu. Rano po przepysznym śniadaniu, Sam podrzuca nas na przystanek autobusu lotniskowego Arlanda. Okazuje się, że świat zachodu nie puszcza łatwo do Rosji… Autobus nie przyjeżdża mimo, że mamy kupione bilety. Kolejne busy mijają nas nie zjeżdżając do zatoczki pomimo tego, że robimy z siebie szopkę widoczną z sąsiedniej galaktyki. Nie musimy już zaczynać dnia od kawy, bo grozi nam spóźnienie na pierwszy z serii lotów. Już zaczynam żałować, że przekonałem Tomka do takiej metody transportu – na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że z Warszawy do Archangielska bilet kosztował 3x tyle.

Wzywamy taksówkę, za którą mamy nadzieję zwróci niesolidny operator lotniskowego shuttlebusa. Wpadamy na lotnisko i odprawiamy się na całą drogę aż do Archangielska – uff. Teraz możemy odetchnąć. Wpadamy na kawę i Internet oraz drzemkę w wygodnych fotelach Arlandowej kafejki – pełen relaks – przecież już jakby jedną nogą jesteśmy TAM.

Okazuje się, że wcale nie. Siedząc w nagrzewającym się od letniego słońca samolocie, dowiadujemy się, że jest opóźnienie bo zepsuł się agregat do uruchamiania silników (taka cudo wielkości małej przyczepki samochodowej). Nie jest oczywiście ważne, że pieczemy się powoli (bez silników nie ma klimatyzacji), a jedenaście potrzebnych urządzeń stoi na wszystkich miejscach postojowych wokół. Pytam stewardesy co i jak, a ta odpowiada, że niestety – widać nie mogą nas odpalić tamtym – odległym o 11 metrów, bo jakby go przytoczyli, to potem musieliby odstawiać… No cóż… że ze Szwecji…

Wreszcie pojawia się pan z młotkiem. Nazwijmy go Kazek. Obok niego, jego manager Józek. Obok niego, PR Manager Józka, który sygnalizuje w kierunku otwartych drzwi samolotu (trochę przeciągu), że – cytując piosenkę – everything gonna be allright. Za chwilę pojawia się jeszcze Communication Manager i pewnie Social Media Manager albo dwóch, bo wszyscy w samolocie robią jatkę na profilu Arlandy i firm obsługujących Estoniana. Po godzinie, Kazek rąbnął wreszcie młotkiem (jak wiadomo firma płaci mu nie za samo rąbnięcie ale za to, że wie gdzie – więc namyślał się stosownie), a PR Manager rozpłynął się w jak największym uśmiechu. No dobra lecimy. I choć wychodzi na to, że na przesiadkę do St. Petersburga mamy dokładnie minus piętnaście minut – czyli, że nie zdążymy – to stewardesa uspokaja nas, że oni już wiedzą jak ze Szwecji się wydostać tak, żeby było dobrze.

W Talinie lądujemy przed czasem, a widoki z okna powodują, że notuję sobie, żeby tu koniecznie przypłynąć jachtem. Choć przemieszczamy się na pozycję startową biegiem, na miejscu okazuje się, że możemy jeszcze się czegoś napić. Stwierdzam więc, że na trzeźwo się nie da i korzystam z promocji na rudą na myszach. To był bardzo dobry wybór.

Po godzinie jesteśmy w Sankt Petersburgu. Lotnisko w stylu Dworca Centralnego za najgorszych czasów. Dwa duże samoloty ludzi do odprawy kotłują się w dusznej hali, gdzie nie ma na czym usiąść. No cóż władza czeka, to na baczność. Odprawia 3 strażników granicznych. Nasz strażnik też chyba nie mógł wytrzymać na trzeźwo, bo chuch miał taki, że z otwartym ogniem bym nie podchodził.

Musimy się przemieścić na inny terminal. Propozycja od taksówkarza, że przewiezie nas za 9000 rubli nie spotkała się z naszym entuzjazmem, tym bardziej, ze była to last offer. Przecież mając 4 godziny spokojnie dojdziemy na piechotę. Ale uwaga w St. Petersburgu jeździ autobus lotniskowy… Trzeba podejść do okienka i powiedzieć, że się chce jechać. Pani każe czekać na ławce. Autobus się podstawi. A pani nadal każe Ci czekać, bo krzyżówki + paznokcie ważniejsze. Poza tym to ONA tu rządzi autobusem, a nie Ty. Wreszcie dostajemy się na terminal krajowy. Zasiadamy w restauracji i delektujemy się prawdziwym barszczem. Od tego momentu będziemy oglądać tę lepszą twarz Rosji. Z cudownymi ludźmi, dobrym i tanim jedzeniem oraz wspaniałymi krajobrazami.Choć obawiam się linii Arkhangelsk Air – ponieważ słyną z awaryjności i zmian nazwy po kolejnych katastrofach. Mamy szczęście nasz lot obsługuje wysłużony Boeing Aeroflotu.

Już w samolocie poznajemy przemiłą Panią, która ma wyraźny sentyment do Poliaków. Opowiada nam ile to na Sołowkach (Wyspy Sołowieckie) zginęło ludzi. Mówi, że to nawet nie przez brak żywności, ale przez pijaństwo strażników. Ponieważ zasady były takie:

Jak pracujesz zgodnie z normą, to jesz. Pracowano przy budowie  Kanału Białomorskiego – dość rzec, że bez narzędzi ani rusz. Jak klawisz popił – co nie było rzadkie – jak enkawudzista popił  to zaspał i nie wydał narzędzi – tego dnia nikt nie wyrabiał normy, a więc przymierał głodem. Oczywiście dla Wrogów Ludowych norma była odpowiednio wyśrubowana.

Wreszcie docieramy do Archangielska. Lotnisko po środku tajgi (morze drzew – ale naprawdę – po horyzont). Wychodzimy od razu do miasta. Żeby odebrać bagaże trzeba pokazać kartę pokładową i wejść do czegoś co przypomina drewnianą stodołę. Tam pracownik przez okno wrzuca bagaże, które następnie trafiają na parciany taśmociąg rodem z lat pięćdziesiątych.

Wsiadamy do maszrutki i po pół godzinie podziwiania niesamowitych drewnianych budynków z przełomu XIX i XX wieku docieramy na ulicę Pomorską a stamtąd wybrzeżem Dwiny na jacht. Reszta obrazków z Archangielska w galerii.

Po krótkim spacerze wracamy na jacht. Trzeba rozpocząć przygotowania do wyjścia w morze. Najpierw dogadanie obowiązkowych usług agenta. Potem tankowanie. Niestety zamówiona przez organizatora dostawa paliwa opóźnia się. W końcu przyjeżdża dwóch wesołych panów z paliwem w plastikowym baniaku na pace. Pytamy o wąż (jedyny „jachtowy” odpłynął wraz z organizatorem poprzedniej imprezy – tym samym, który był odpowiedzialny za dostarczenie paliwa na nasz Jach i wziął za to pieniądze), panowie odpowiadają, że przecież mieli dostarczyć paliwo a nie wąż. Wtedy wychodzi na jaw, że są to po prostu dogadani goście, którzy wzięli rolniczy pojemnik na ropę pojechali na stacje i przywieźli, co mieli za „drobną” opłatą.

Tankowanie zaczynamy od parcianego węża, 4 cybantów i dużej ilości Chwały Pańskiej. Oczywiście tankowanie w tym porcie jest nielegalne więc panowie dostawcy nieco się denerwują. My musimy filtrować roztwór ropy w szlamie za pomocą 2 kanistrów, więc robota nie jest ani szybka, ani dyskretna. Końcówka to już zabawa w przechylanie dużego pojemnika i nalewanie do kanistrów. Sprawność MacGyvera przydaje się tego dnia milion razy! Nie muszę oczywiście dodawać, że panowie usiłują nas oszukać, żądając zapłaty za opłacone już paliwo oraz kasy za nadgodziny.

Następnego dnia czekamy na pływ i w drogę. Dwina jest wspaniała. Kiedy mijamy zabudowania Archangielska, docieramy do terenów przemysłowych – cześć przemysłu upadła w latach dziewięćdziesiątych, ale przemysł drzewny kwitnie. Wiadomo tajga! Oprócz czujnej żeglugi w linii nabieżników musimy uważać na ogromne tratwy ze spławianych bali.

Omijają nas dwie burze tak więc w kolejnej galerii jest kilka spektakularnych zdjęć nieba. Mijamy szereg portów mniejszych i większych by wreszcie dotrzeć do odprawy.

Jak odprawia się jacht w Rosji?

Potrzeba do tego dwóch statków. Dwóch statków uzbrojonych po zęby. Jeżeli którykolwiek z nich odpaliłby najmniejsza broń znajdującą się na pokładzie z naszego Garcia Passoa zostałaby dymiąca dziura w wodzie. Do ponad czterdziestometrowej fregaty rakietowej nie będziemy podchodzić. Cumujemy longside do mniejszego ścigacza pokładowego.  Na nasz pokład zstępuje 5 oficerów Armii Imperialnej oraz nasz agent. Przeglądane jest wszystko! Dyskusja czy prowadzić dziennik jachtowy, czy nie w Rosji nie ma miejsca. Jesteś statkiem jak każdy inny, dziennik to Twój obowiązek i to dziennik prowadzony skrupulatnie.

Szanowni oficerowie nie mogą zrozumieć co to wymiana załogi w Archangielsku, tak więc wyjaśnieniom dlaczego nazwiska na liście IN nie równają się nazwiskom na liście OUT. Pewnie chodzi o kasę, ale nasze wyjaśnienia są na tyle spójne, że po pięciu godzinach i skrupulatnym przekopaniu koi mojej i Toma możemy płynąć dalej.

Dwina powoli ustępuje Zatoce Oneskiej i o 2400 podziwiamy piękne kolory nieba. Oczywiście na tej szerokości geograficznej noce są białe – no może nie do końca, zresztą zobaczysz w galerii.  W miarę jak tracimy z oczu brzeg napotykamy trochę dryfujących bali, to tu kończy się wpływ Dwiny a zaczyna królestwo Morza Białego. Na jednym z takich bali wyleguje się foka – bierzemy to za dobry omen.

Kilka godzin później dobry omen zamienia się w gęstą mgłę i tak żeglujemy przez większość Morza Białego – jest tak jak w nazwie – wszędzie biało. Na Kole Podbiegunowym organizujemy małą ceremonię. Choć byłem już na dalekiej północy to pierwszy raz przekraczam ten równoleżnik jachtem. Postanawiam więc, że zadowolę Neptuna ofiarą ze wrzasku podczas kąpieli w wodzie o temperaturze tylko nieco powyżej zera. Ograniczę Ci wyników sesji zdjęciowej, bo to pornografia. Powiem tyle, kiedy wskakuje się do takiej wody, najpierw skóra oznajmia, że wychodzi, potem, opuszcza twe ciało wrzask, który natychmiast po opuszczeniu ust zamienia się w śnieg i spada do morza. Sekundę potem sztywnieją mięśnie – to w kwestii notek na marginesie dotyczących czasu przetrwania w lodowatej wodzie. Po kilkunastu sekundach uczułem, że moje ciało ma kłopot z poruszaniem się po jachtowej drabince.

Na Morzu Białym czeka na nas sztorm… i stado mew, które upodobało sobie antenę naszej UKF-ki. Nie wiem czy to dlatego, ze jest ona sprężysta i może furkocze na wietrze. Może chodzi o jakieś zawirowania. Dość, że najpierw jedna mewa a potem całe stado usiłowało naszą antenę dziobnąć. Ruch jachtu na fali wydatnie im w tym przeszkadzał, a my na wachcie mieliśmy trochę zabawy.

Po dwóch dniach sztormowej żeglugi docieramy do Vardø, ale o tym w następnym wpisie opisującym zeszłoroczne pływanie po Arktyce.

Bear