Wpisy gościnne

Cat-o-war

  • date
  • 16.02.2013 0900
  • φ48.166  λ-16.200 

W Międzynarodowym Dniu Kota warto wspomnieć, że podbój mórz nie byłby możliwy bez pokładowych szczurołapów. Ale jeden z nich przyniósł tragicznego pecha okrętom na których służył.

Wiosna 1940 r. W Gdyni, daleko poza zasięgiem alianckich samolotów, kończą się prace wykończeniowe na najnowszym i najpotężniejszym pancerniku na świecie – niemieckim „Bismarcku” (o wiele większy japoński „Yamato” stoi jeszcze na pochylni). Na ważącym 45 tys. ton, długim na ponad ćwierć kilometra kolosie instalowane jest uzbrojenie i najnowocześniejsza elektronika. Pomiędzy wartami, pośród oficerów hitlerowskiej marynarki i kontrwywiadu, nawet mysz się nie prześliźnie. Mysz nie jest dość sprytna, ani dość odważna. Ale czarny kocur z białym pyszczkiem i krawatką nie przejmuje się hałaśliwymi ludźmi hałaśliwego dyktatora. Niepostrzeżenie zaszywa się pod pokładem „Bismarcka”. Po prostu ciekawski kociak. A może sabotażysta – w końcu chłopak z Gdyni?

Wiosna 1941 r. Po krótkim boju, w którym odniósł spektakularne zwycięstwo nad brytyjskim kolosem HMS „Hood”, „Bismarck” z korsarza stał się przedmiotem obławy. Ucieka co sił w stronę Brestu. Nadzieja na uratowanie okrętu jest duża – pomimo uszkodzenia steru przez samoloty z lotniskowca „Ark Royal”, wyjątkowo zła pogoda i kłopoty paliwowe Aliantów sprawiły, że „Bismarck” zgubił „ogon”. Załoga na stanowiskach bojowych. Odpoczywa jedynie czarny kot pokładowy z białym pyszczkiem i krawatką. A może nie – może swoim kocim magnetyzmem komunikuje się z innymi chłopakami z Gdyni – załogą polskiego niszczyciela „Piorun”, który również uczestniczy w obławie.

To właśnie oni chwilę przed 11 wieczorem, w silnym sztormie odnajdują „Bismarcka” i nawiązują z nim nierówną walkę – każdy 800-kilowy granat pancernika może całkowicie zdewastować, a nawet zatopić „Pioruna”. Wkrótce do polskiego niszczyciela dołączają brytyjskie, atakując „Bismarcka” aż do 7 rano. Marynarze pancernika opadli z sił i w milczeniu czekają na ciężkie okręty brytyjskie, które dopełnią ich losu. Trzy godziny później, po otrzymaniu kilkuset trafień z najcięższych dział, pancernik tonie, grzebiąc niemal całą załogę – 1995 osób[1].

Wyratowano tylko 115 ludzi. I kota. Jakim cudem przeżył piekło boju „Bismarcka” z pancernikami, kilkadziesiąt minut w sztormie oceanu, jak wdrapał się po linach ratunkowych na pokład niszczyciela „Cossack” – nie wiadomo. Dość, że przyjął służbę Jego Królewskiej Mości i imię Oscar. Zwiedził m.in. szkockie Loch Ewe, Gibraltar i Maltę.

Płynąc w eskorcie powrotnego konwoju z Gibraltaru do Brytanii, w październiku 1941 r. „Cossack” zostaje trafiony w dziób torpedą niemieckiego U-boota. Cała załoga, łącznie z Oscarem, przechodzi na inny niszczyciel – HMS „Legion”. „Cossack” nie kwapi się jednak na dno i większość załogi wraca na jego pokład, a „Legion” podaje mu hol. Marynarze nie zauważyli, że głęboko pod pokładem tli się ogień. Po pewnym czasie okręt wylatuje w powietrze – ginie 159 ludzi z 200-osobowej załogi. Kot Oscar, na pokładzie „Legiona” dociera do Gibraltaru, gdzie znajdzie nowy pływający dom.

Duży dom – nowoczesny lotniskowiec HMS „Ark Royal”, którego lotnicy walnie przyczynili się do zniszczenia „Bismarcka”. „Ark Royal” pełni teraz niebezpieczną służbę konwojową na Morzu Śródziemnym. Konwoje na Maltę – brytyjską bazę dokładnie w połowie drogi między Włochami a Libią – są wściekle atakowane, a każdy statek, który osiągnął główki Valetty jest na wagę złota. Główne zagrożenie dla żeglugi stanowią samoloty i okręty podwodne, tak więc bez lotniskowca konwoje nie miałyby żadnych szans na dotarcie. „Ark Royal” to łakomy kąsek i w końcu w listopadzie 1941 r. zostaje trafiony niemiecką torpedą. Ginie jeden z marynarzy, a przez 40-metrowej długości wyrwę kadłub nabiera olbrzymich ilości wody. Skutkiem jest 18° przechył i wyłączenie prądu, co decyduje o losie okrętu – brak zasilania dla pomp. Tym razem załoga w ordynku opuszcza pokład, a kot Oscar – zwany obecnie również Niezatapialnym Samem – znów zawitał na pokładzie „Legiona”.

Gdy w Gibraltarze wyokrętowywano rozbitków, nikt na „Legionie” nie myślał o zostawieniu Oscara na pokładzie. W towarzystwie tego kota śmierć poniosło już 2165 ludzi. Podrzucono go urzędowi Gubernatora Gibraltaru, jednak i tam go nie chciano. Koniec końców został odesłany w konwoju (pod konwojem?) do Domu Marynarza w Dublinie, gdzie prowadził żywot weterana do 1955 roku. A „Legion”, mimo zastosowanych środków ostrożności, zatonął w Valetcie, pod niemieckimi bombami, cztery miesiące po „Ark Royal”.

[1]Wg marynarzy pancernika „Rodney”, pomimo prób poddania okrętu, Brytyjczycy nie przerwali ognia. http://www.theaustralian.com.au/news/world/bismarck-tried-to-surrender/story-e6frg6so-1226064408046

Krzysztof ŚpiewlaDziś historię opowiadał: +Krzysiek Śpiewla
Z zawodu marketingowiec, z zamiłowania dziennikarz historyczny i publicysta, z imperatywu moralnego – społecznik.
Blogi: inteligentpracujacy.pl, explicite.com.pl

Bear